Walentynkowa psychoza 
Miłość jako stan emocjonalny była badana od zarania dziejów i jak to zwykle bywa z takimi prostymi zagadnieniami - pozostała niezbadana do dziś. Jednak jeśli bliżej rzucimy Okiem na całą sprawę, nie wydaje się ona aż tak skomplikowana. Każdy członek biol-chema bez wahania potwierdzi, że jest to po prostu zwykły ciąg reakcji chemicznych, natomiast mat-fiz pewnie skłaniał by się ku ciągowi akcji i reakcji (zgodnie z III ZDN). Z kolei humanistów bez wątpienia znów wyniosło by na wyżyny uduchowienia i stwierdziliby, że miłość zwiększa wewnętrzne ciepło... Ich wersja wydaję się być najpraktyczniejsza, bo obecnie mamy luty, a wiadomo szkoła nie Hawaje i jakoś trzeba przetrwać warunki klimatyczne. Ktoś na szczęście mądrze wymyślił (na pewno absolwent mat-fiza), aby w środku mrozów ustanowić święto. Kwestie jego motywów - czy była to miłość czy komercja - może pomińmy. Ważne, że 14 lutego jest "Dzień chorych na epilepsje", znany bardziej jako Walentynki.

Z tego to właśnie powodu naszą szkolną społeczność ogarnął dziwny stan euforii. W tym roku większość świąt wypada w sobotę albo w niedzielę, tak więc i Walentynki nie mogły wypaść inaczej jak w niedzielę, naturalnie pozbawiając uczniów możliwości argumentowania nieprzygotowania na lekcje owym świętem (a wiadomo, nauczyciel jak maszyna bez uczuć i dzień po "to już nie to samo") . Pomimo tego, jakiś tydzień przed godziną "00" (przypadającą na 3 lekcje w poniedziałek) w szkole pojawiła się urna. Nie, nikt nie umarł, ale można było wrzucać do niej swoje listy. Bądź co bądź nie był to element kształcenia patriotycznego i zachęcanie uczniów do głosowania w wyborach, ani jak myśleli niektórzy : miejsce na składanie skarg do / na grupę trzymającą władzę (czyt. "Ojców Zarządców"). Ci, którym wspomniana "miłość" pozwoliła uchronić się przez zamarznięciem zawartość ich czaszki (o ile już wcześniej coś tam mieli...), zapełnili po brzegi całą urnę (była ona skrycie wymieniania codziennie na nową, bo już pod koniec dnia pękała w szwach). Należący do tej drugiej części (tej, u której gorzej z mózgami), jeżeli mieli zbyt rozwinięte poczucie humoru, również wrzucali swoje listy - jednak te z reguły służyły do robienia sobie żartów z innych kolegów, ew. dowartościowywania się, otrzymaną od siebie przesyłką. Tak czy inaczej - nie idąc w ślad Poczty Polskiej - listy dotarły bez opóźnień. Specjalna delegacja rozdawała je około 3 lekcji dnia 15 lutego.

Jak mówi przysłowie "Z kim się zadajesz takim się stajesz", będące w opozycyjnej mniejszości ciało pedagogiczne, chcąc czy niechcąc, jak zwykle ulega wpływom większej społeczności uczniowskiej, w której są swoistą enklawą. W okresie Walentynek, również nauczycielom udzielił się nastrój głębokiej, wspaniałej, bezwarunkowej miłości do wszystkiego - tyle tylko, że u nich to "wszystko" ograniczyło się do własnego przedmiotu... Nikt nie wie dlaczego pozostawali niewzruszeni na postulaty swoich podopiecznych, którzy z serca ogarniętego miłością (oczywiście do tego przedmiotu) błagali o miłosierdzie. Dziwne, że takie patologie mają miejsce w katolickiej szkole. Przecież chrześcijaństwo wzywa do miłość, nawet do wrogów, a tutaj taka zatwardziałość serc nauczycieli... Może by tak wprowadzić święto będące negacją logiczną walentynek ? Np. "święto nienawidzenia". Skoro profesorzy reagują na Walentynki miłością do ich przedmiotu, to może takie święto dało by nam trochę wytchnienia ? Pozostaje tylko pytanie, kiedy miało by się ono odbywać ? Myślę, że najlepiej cały rok...

[ Zobacz wpis ] ( 890 Oglądane )   |  Link trwały

<<Pierwszy <Powrót | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | Dalej> Ostatni>>